Nazywam się Waldemar Załęski. Przyszedłem na świat w czasach, gdy nie było jeszcze Internetu, telefonów komórkowych ani mediów społecznościowych. Google nazywało się wtedy „mama wie”. Dorastałem w świecie, w którym kasety magnetofonowe były technologicznym cudem. Przewinięcie ulubionej piosenki wymagało precyzji godnej chirurga. Telewizja miała kilka kanałów. Człowiek naprawdę czekał na konkretną godzinę, żeby obejrzeć swój program.
Jestem z pokolenia, które pamięta świat zarówno przed Internetem, jak i po jego pojawieniu się. Jestem w wieku, w którym mój umysł konsekwentnie uważa, że mam jakieś 30 lat. Moje poczucie humoru zatrzymało się mniej więcej na dwudziestolatku. A ciało każdego ranka przeprowadza własne śledztwo pod tytułem: „Czy my się w ogóle znamy?”. Mimo wszystko nadal mam energię. Mam ciekawość świata. I mam przekonanie, że najlepsze rzeczy dopiero przede mną. No, może poza maratonem. Tutaj moje ciało wyraźnie poprosiło o konsultację prawną.
Po szkołach – skończonych i nieskończonych – zająłem się wprowadzaniem nowych technologii do firm. Jestem więc trochę człowiekiem z analogową przeszłością i cyfrową teraźniejszością. Mam bardzo optymistyczne podejście do przyszłości. Pamiętam kasety, ale rozmawiam ze sztuczną inteligencją. Pamiętam telefony z kablem. A dziś zastanawiam się, dlaczego lodówka potrzebuje Wi-Fi.